|
Ostatnia aktualizacja: w sobotę, 20 sierpnia, A.D. 2005.
o bitwy pod Azincourt (Agincourt) doszło z dwóch powodów: chęci zachowania twarzy przez Henryka V Lancastera, oraz nie oczekiwanej zgody wśród francuskich panów.
ról angielski po epidemii dyzenterii, która spustoszyła jego obóz, oraz po zostawieniu w Harfleur części wojsk, mógł poprowadzić jedynie mniej niż 6 tysięcy ludzi.
Wszyscy doradcy chcieli odwrotu do Anglii lub nie wychylania się poza zdobyte tereny - jednak po szumnych deklaracjach, że jest prawowitym Panem Francji, oznaczało to utratę twarzy.
enryk V zdecydował się na rajd do Calais, licząc na to że skłóceni wasale nie dołączą do wojsk Króla Francji, a ostrożny konstabl Karol Albert, nie ruszy się z Rouen. Plan ten miał duże szansę powodzenia, zwłaszcza że miejscowa ludność widząc dyscyplinę panującą wśród Anglików, przepuszczała ich bez oporu, dając nawet prowiant na drogę.
13 października pochód stanął pod Abeville, miasteczkiem gdzie zamierzano przeprawić się przez Sommę w drodze do Calais. Wojsko było wypoczęte i najedzone, zaś wszyscy byli pewni, że wrócą do Anglii bez konieczności staczania bitwy, nie tracąc jednocześnie twarzy.
iestety rzeczywistość szybko rozwiała ich złudzenia - brodu strzegł marszałek Boucicourt z 6 tysiącami ludzi. Atak był samobójstwem, odwrót hańbą. Anglicy ruszyli szybko w górę Sommy, licząc na znalezienie nie strzeżonego przejścia. Kolejne dni pogłębiły ich rozpacz, gdyż Francuzi zawsze ich wyprzedzali, a brak żywności ograniczył ich dietę do wina i orzechów.
Część żołnierzy modliła się do Dziewicy Maryi i Św. Jerzego o ratunek, jednak reszta wolała szukać zapomnienia w beczułce - dla zachowania dyscypliny jednego trzeba było 17 października powiesić.
Jakby nie dość tych nieszczęść, francuski podjazd zaatakował angielskich łuczników zadając im znaczne straty - po tym incydencie rozkazano każdemu z nich nosić ze sobą zaostrzony kołek, aby w razie zagrożenia wbić go przed sobą dla ochrony przed jazdą. Tymczasem Francuzi zrobili coś, czego nikt rozsądny się po nich nie spodziewał - zjednoczyli się. Do wojsk królewskich dołączyli książęta Orleanu i Bretanii, Burbonowie, oraz potężne siły Burgundzkie. Zgromadzili łącznie 60 tyś. ludzi, w tym przynajmniej 15 tyś. ciężkiej kawalerii, było też wielu dobrych łuczników z milicji miejskich, które rozkazał formować jeszcze Karol V. Łuczników z Paryża (6 tyś.) odesłano nawet do domu.
 października Anglicy przeprawili się przez Sommę koło Bethencourt, zaś następnego dnia 3 francuskich heroldów przyniosło im oficjalne wyzwanie do bitwy.
Mimo odważnych słów Henryka V, że nie będzie unikał walki, przez następne 4 dni umykał jak ścigany zając, robiąc w deszczu i błocie ponad 70 mil.
Nie zdało się to na nic - 24 października zrozpaczeni Anglicy ujrzeli, że drogę zamyka im 25 tyś. wybornego wojska. Próba kupienia sobie przejścia obietnicą oddania Harfleur, którą podjął Henryk V na nic się nie zdała. Bitwa była nieunikniona. Noc w angielskim obozie upłynęła wśród modlitw, głodu i rozpaczy, podczas gdy pewni siebie Francuzi ucztowali. Byli tak pewni siebie, że kłócili się o angielskich jeńców, których mieli zdobyć.
 października rozpoczęła się bitwa. Obie armie stanęły naprzeciw siebie już około 7 rano. Anglicy stanęli w tradycyjnym szyku 3 hufców spieszonych zbrojnych podzielonych klinami łuczników - jednak, ponieważ zbrojnych było ok. 900, kliny te były nieproporcjonalnie rozbudowane. Francuzi stanęli w dwóch liniach spieszonych zbrojnych, głębokich na 5 - 6 szeregów, ostatnią linie stanowili zbrojni na koniach. Na skrzydłach stanęła jazda, a kusznicy pomiędzy pieszymi.
lan francuski, a w zasadzie brak planu, miał kardynalne wady. Każdy z notabli stanął w pierwszym hufcu, każdy chciał walczyć, więc skutek był taki, że nikt z walczących tam nie mógł skutecznie atakować, ani się bronić, ani dowodzić. Tak więc wystarczyło rozbić niezdolny do skutecznej walki hufiec pierwszy, aby pozbawić armię dowódców. Do tego w bitwie nie wzięli udziału łucznicy z milicji miejskich, a liczba kuszników była niedostateczna. Sytuację pogorszył deszcz, obracający ziemię nadającą się idealnie do szarży, w błoto.
rzez 4 godziny obie armie patrzyły na siebie z odległości ponad kilometra. Henryk V jeździł przed frontem żołnierzy zagrzewając ich do walki, a kapelani chodzili wśród nich modląc się o zwycięstwo. Jednak kiedy Francuzi zaczęli siadać, jeść i popijać wino, stało się jasne, że dowódca wygłodzonych Anglików musi coś zrobić. Około godziny jedenastej wyspiarze przeżegnali się, pocałowali ziemię i z okrzykiem: "Jezus, Maria i Św. Jerzy" ruszyli naprzód, aby po zatrzymaniu się na granicy skutecznego ostrzału wypuścić deszcz strzał. W tym momencie Francuzów dotknęło kolejne z serii nieszczęść niazdyscyplinowania - rycerze nie przepuścili kuszników, którzy mieli odpowiedzieć na ostrzał. Konstabl Albert nie miał innego wyjścia i rozkazał atakować. Konnica za skrzydeł ugrzęzła w błocie, gdzie została wystrzelana - nieliczni pechowcy, którzy dotarli do linii łuczników, zostali wklepani w ziemię po uprzednim nabiciu się na naostrzone pale, chroniące Anglików.
pieszeni rycerze (Francuzi, po niewczasie zorientowali się, że w tych trudnych warunkach piechur ma większe szanse niż jeździec) dotarli do wroga, bez większych strat, lecz po to, aby się przekonać, ze ścisk uniemożliwia im zadawanie ciosów. Anglicy nie mieli tego problemu i po półgodzinie obie linie piechoty były rozbite. Jan Hardyng, uczestnik bitwy, twierdzi nawet, że więcej Francuzów udusiło się w ścisku niż zginęło z rąk wrogów.
tym momencie na wiążących jeńców Anglików wpadło około 600 zbrojnych z trzeciej linii, prowadzonych przez hrabiego Marle, jednocześnie waleczni francuscy wieśniacy wpadli do obozu angielskiego, mordując ciurów i biorąc łupy. Henryk V wpadł w panikę i nie elegancko, ale praktycznie, rozkazał wymordować jeńców (zagrożenie było bardzo realne, jeńców było więcej niż strażników, byli wciąż opancerzeni i częściowo uzbrojeni, a ochłonąwszy po porażce zachowywali się dość butnie, groziło to bitwą na dwa fronty) - wprawdzie potem ten rozkaz cofnął, ale do tego wielu z nich dało gardło.
statecznie zginęło ponad 8 tyś. Francuzów, w tym Konstabl Arbery. Marszałek Boucicourt dostał się do niewoli, a wraz z nim wielu notabli. Straty angielskie ograniczyły się do 500 zabitych i rannych.
Swoich umarłych wyspiarze spalili, z wyjątkiem garstki możnych (w tym księcia Yorku), których zwłoki odesłano do domu, po rozgotowaniu w kotłach, jako "ciało" traktowano obnażone kości (metoda powszechna wówczas, tak "utrwalano" zmarłych królów, świętych, notabli).
Nie wiadomo, co zrobiono z wywarem, ale jeżeli w pobliżu były jakieś draby, to na pewno się nie zmarnował.
itwa ta rzuciła całą Francję do stóp Henryka V - na krótki czas uczyniła go panem obu królestw, gdyż w efekcie wojny i dyplomacji został uznany Regentem Francji.
Opracownie: Antoni Talko, Jakub T. Prądzynski "Mistrz Jakub"
|
 |
|
|